p.s. Przepraszam za słabą jakość zdjęć, ale robiłem je telefonem i w stresie czy to coś z talerza nie skoczy mi zaraz na twarz ;)
Friday, 29 May 2009
Kolacja
Uhm...


p.s. Przepraszam za słabą jakość zdjęć, ale robiłem je telefonem i w stresie czy to coś z talerza nie skoczy mi zaraz na twarz ;)
p.s. Przepraszam za słabą jakość zdjęć, ale robiłem je telefonem i w stresie czy to coś z talerza nie skoczy mi zaraz na twarz ;)
Wednesday, 27 May 2009
Koncert
Dzisiaj też update, dla odmiany ;) Ale krótki, i bez żadnych dodatkowych atrakcji. Byliśmy w Nakano (tam gdzie Justyna z Martem będą mieszkań) na koncercie orkiestry, złożonej z amatorów. Dziwnie brzmi słowo amator, biorąc pod uwagę, że grali jak ta lala. No ale amatorzy w tym sensie, że nie robią tego zawodowo. Przykładowo dyrygent (który nawiasem mówiąc załatwił nam bilety) pracuje w laboratorium uniwersytetu Juntendo jako naukowiec. A w wolnym czasie jest dyrygentem ;) Było bardzo fajnie generalnie.
W piątek wygląda na to, że szykuje nam się poważne wyjście z siostrą i szwagrem. Profesor szwagra, zaprosił nas na kolacje. Sądząc po tym jak było ostatnim razem, szykuje się straszny wypas ;) Zobaczymy, ale nie będę ukrywał, że smacznego żarcia nigdy za mało ;)
p.s. Po namyśle, natchniony jednym z ostatnich płytowych zakupów:
Flipper still rules, ok?
W piątek wygląda na to, że szykuje nam się poważne wyjście z siostrą i szwagrem. Profesor szwagra, zaprosił nas na kolacje. Sądząc po tym jak było ostatnim razem, szykuje się straszny wypas ;) Zobaczymy, ale nie będę ukrywał, że smacznego żarcia nigdy za mało ;)
p.s. Po namyśle, natchniony jednym z ostatnich płytowych zakupów:
Flipper still rules, ok?
Tuesday, 26 May 2009
Co nowego
Zanim przejdę do bablaniny, konkrety.
Generalnie przez ostatnie dwa tygodnie nic szczególnie ciekawego się nie wydarzały. W niedziele byliśmy w ramach zajęć w teatrze No. Teatr No jest zajebisty, wrażenia takie same jak z wizyty rok temu. Nikt nie wie o co chodzi, ale to zupełnie nie ma znaczeniu. Dużo ważniejsza od samego tekstu sztuki jest warstwa symboliczna. Ale nie mając bladego pojęcia o co chodzi można i tak spędzić bardzo przyjemnie czas. Dla ciekawskich:
Sam zdjęć nie mogłem zrobić tym razem, więc to musi wystarczyć.
Po każdym właściwym No następuje Kyogen. Kyogen jak dla mnie obsysa trochę. Ja wiem, że ma to być dużo lżejsze, zabawa itp. Ale brakuje mi tego ciężaru gatunkowego, który ma No.
Oprócz mnie, chyba niewielu osobom się podobało. Jestem w stanie to zrozumieć. Sztuka toczy się wyjątkowo powoli, a w dodatku praktycznie cały czas słychać flet, który delikatnie rzecz ujmując może denerwować.
Potem poszliśmy w kilka osób na karaoke. Jako, że był środek dnia, to wyszło bardzo tanio. W dodatku nic nie piliśmy. To chyba pierwszy raz ever kiedy byłem na karaoke tak zupełnie bez niczego. W zasadzie też było fajnie ;) Ale kilka piw by nikomu nie zaszkodziło ;)
Oprócz tego w normie generalnie. Praca się pisze, a w zasadzie się kończy. Nauka języka powoli i raczej nie do celu. Chociaż mam teraz prywatne zajęcia dwa razy w tygodniu z moim opiekunem (każdy student zagraniczny ma tutaj takiego). Więc na pewno idzie to we właściwym kierunku.
p.s. całkiem nieźle idzie mi gra na japońskim flecie, generalnie prowadzący mnie chwali ;)
Generalnie przez ostatnie dwa tygodnie nic szczególnie ciekawego się nie wydarzały. W niedziele byliśmy w ramach zajęć w teatrze No. Teatr No jest zajebisty, wrażenia takie same jak z wizyty rok temu. Nikt nie wie o co chodzi, ale to zupełnie nie ma znaczeniu. Dużo ważniejsza od samego tekstu sztuki jest warstwa symboliczna. Ale nie mając bladego pojęcia o co chodzi można i tak spędzić bardzo przyjemnie czas. Dla ciekawskich:
Sam zdjęć nie mogłem zrobić tym razem, więc to musi wystarczyć.
Po każdym właściwym No następuje Kyogen. Kyogen jak dla mnie obsysa trochę. Ja wiem, że ma to być dużo lżejsze, zabawa itp. Ale brakuje mi tego ciężaru gatunkowego, który ma No.
Oprócz mnie, chyba niewielu osobom się podobało. Jestem w stanie to zrozumieć. Sztuka toczy się wyjątkowo powoli, a w dodatku praktycznie cały czas słychać flet, który delikatnie rzecz ujmując może denerwować.
Potem poszliśmy w kilka osób na karaoke. Jako, że był środek dnia, to wyszło bardzo tanio. W dodatku nic nie piliśmy. To chyba pierwszy raz ever kiedy byłem na karaoke tak zupełnie bez niczego. W zasadzie też było fajnie ;) Ale kilka piw by nikomu nie zaszkodziło ;)
Oprócz tego w normie generalnie. Praca się pisze, a w zasadzie się kończy. Nauka języka powoli i raczej nie do celu. Chociaż mam teraz prywatne zajęcia dwa razy w tygodniu z moim opiekunem (każdy student zagraniczny ma tutaj takiego). Więc na pewno idzie to we właściwym kierunku.
p.s. całkiem nieźle idzie mi gra na japońskim flecie, generalnie prowadzący mnie chwali ;)
Sunday, 10 May 2009
Kanda Matsuri 神田祭
Ominęły mnie co prawda Juwenalia w Polsce, ale wybrałem się w ramach zajęć na festiwal, odbywający się w świątyni Kanda. To w sumie niedaleko mnie, więc nie musiałem zapieprzać, przez całe miasto. Fajnie mieć w końcu gdzieś blisko ;)
Sam festiwal bardzo fajny, chociaż odnoszę wrażenie, że jak widziało się jeden to tak jakby widziało się wszystkie ;) Obyło się z mojej strony bez ekscesów. Wypiłem sobie małe sake i małe piwo i tyle. Więc po kilku godzinach było po wszystkim. Zdjęcia do obejrzenia jak zwykle na picasie, a tutaj mała próbka:



Właśnie skończył się golden week, czyli praktycznie jedyny wolny tydzień jaki tutaj mają. Oznacza to powrót na uczelnie. W porządku. Uczelnia nie jest tutaj taka straszna. Tak jak pisałem,te zajęcia są strasznie lajtowe, tu jakiś film, tu coś. Ale w sumie dochodzę do wniosku, że chyba taki system ma odrobinę więcej sensu, niż kucie preferowane w Polsce.
Wczoraj nie mogłem spać. Pogadałem z Justyna na skypie, położyłem się i cholerny komar mi bzyczał nad głową przez następne dwie godziny albo i lepiej. Próbowałem go zabić wielokrotnie, ale uciekał skurczybyk. W końcu włożyłem do uszy słuchawki by nie słyszeć jego bzyczenia. Pomogło, ale jestem cały pogryziony.
Jak wyglądają u mnie postępy naukowe? Praca magisterska ma się dobrze. Dzisiaj jest jeden z nielicznych dni, gdzie robię sobie przerwę od pisania, ale tak to wszystko idzie bardzo sprawni. Jeśli chodzi o japoński to bez rewelacji. Coś będę w stanie powiedzieć po powrocie, ale raczej bez szaleństwa. Padłem ofiarą charakterystycznej dla japońskiej edukacji tendencji do równania w dół. Tak powiem.
To chyba tyle tym razem. Dajcie znać czy teraz jest już czytelne, czy dalej mam coś kombinować z tapetą ;)
Sam festiwal bardzo fajny, chociaż odnoszę wrażenie, że jak widziało się jeden to tak jakby widziało się wszystkie ;) Obyło się z mojej strony bez ekscesów. Wypiłem sobie małe sake i małe piwo i tyle. Więc po kilku godzinach było po wszystkim. Zdjęcia do obejrzenia jak zwykle na picasie, a tutaj mała próbka:



Właśnie skończył się golden week, czyli praktycznie jedyny wolny tydzień jaki tutaj mają. Oznacza to powrót na uczelnie. W porządku. Uczelnia nie jest tutaj taka straszna. Tak jak pisałem,te zajęcia są strasznie lajtowe, tu jakiś film, tu coś. Ale w sumie dochodzę do wniosku, że chyba taki system ma odrobinę więcej sensu, niż kucie preferowane w Polsce.
Wczoraj nie mogłem spać. Pogadałem z Justyna na skypie, położyłem się i cholerny komar mi bzyczał nad głową przez następne dwie godziny albo i lepiej. Próbowałem go zabić wielokrotnie, ale uciekał skurczybyk. W końcu włożyłem do uszy słuchawki by nie słyszeć jego bzyczenia. Pomogło, ale jestem cały pogryziony.
Jak wyglądają u mnie postępy naukowe? Praca magisterska ma się dobrze. Dzisiaj jest jeden z nielicznych dni, gdzie robię sobie przerwę od pisania, ale tak to wszystko idzie bardzo sprawni. Jeśli chodzi o japoński to bez rewelacji. Coś będę w stanie powiedzieć po powrocie, ale raczej bez szaleństwa. Padłem ofiarą charakterystycznej dla japońskiej edukacji tendencji do równania w dół. Tak powiem.
To chyba tyle tym razem. Dajcie znać czy teraz jest już czytelne, czy dalej mam coś kombinować z tapetą ;)
Sunday, 3 May 2009
Update - najwyższa pora
Strasznie długo mi zeszło, żeby napisać kolejny update. Po prostu z lenistwa. Nie mogłem się zupełnie zebrać do tego. Myślałem sobie za każdym razem, że przecież zajmie mi to kilka minut, więc czemu tego nie zrobię? No ale jak przychodziło co do czego to się nie mogłem zmusić.
Wygląda na to, że w końcu mi się udało przełamać. Oby następny post był szybciej niż za miesiąc. Myślę,że jest spora szansa, że będzie w następną niedziele. Wybieram się na kolejny festiwal, tym razem w ramach studiów, więc jest szansa, że wtedy napiszę.
Dochodzą mnie głosy o tym, że blog jest nieczytelny. Postaram się coś zrobić z tłem. Jeszcze nie wiem za bardzo co, ale coś wymyśle by było lepiej. Chwilowo (ten wpis) zostaje jeszcze tak jak jest.
Uczelnia. Nic ciekawego generalnie. Chodzę na te zajęcia, takie tam lanie wody. Nic konkretnego. Czasami coś ciekawego za to, więc koniec końców wychodzi to na plus. Judo i Shakuhachi to zajęcia z gatunku tych zabawnych. Chociaż Shakuhachi jest raczej frustrujące. Prowadzący jakby nie zauważa, że 3/4 klasy nie jest w stanie wydać podstawowego dźwięku a już chce byśmy grali jakąś piosenkę dla dzieci. No ale to ten sam człowiek, który nie zauważył, że mieszkańcy Hong Kongu nie do końca chcą być nazywani mieszkańcami Chin ;) (to była przekomiczna wymiana zdań ;))
Judo? Póki co uczymy się padać. Nie żartuje. Kolejne zajęcia ćwiczymy jak upaść na mate by się nie uszkodzić. Dupa mnie boli strasznie, ale oprócz tego innych obrażeń brak ;) Kolejne absurdalne zajęcia.
Zajęcia z japońskiego kina są śmieszne ;) Najfajniejszy do tej pory był film z lat 50, który w dodatku był bez angielskich napisów. Nie muszę dodawać, że nie wiele zrozumiałem z dialogów ;) Ale z całego filmu sporo. Fantastyczna scena w środku będąca żywcem wyjęta z teatru Noh. Dobre. No i oglądaliśmy azjatycki hit pt. "Love letter" (czyli po japoński "Rowe rettel" ;). Jego pokaz poprzedziła wymiana zdań między mną a kolegą z Niemiec, którzy zapytał się: "O czym będzie ten film?" Na co usłyszał ode mnie odpowiedź: "Film nazywa się Love Letter, czego się spodziewasz?".
Inne zajęcia są miłe. Nie chce mi się jakoś szczególnie rozwodzić nad nimi. Jest jedna rzecz, która mnie intryguje za to. Większość studentów tutaj to studenci filologii. No i okazuje się, że poza językiem japońskim, nie wiedzą w zasadzie nic o historii czy kulturze tego kraju. Dosyć jest to dla mnie dziwne, no ale co by nie mówić mają zdecydowaną przewagę nade mną bo mogą się swobodnie dogadać ;)
Dzisiaj byliśmy na Tsutsuji Matsuri. Lokalny festiwal w Sendagi. Całkiem sporo Japończyków się zjechało tutaj. Ogólnie było bardzo fajnie. Dużo jedzenia i trochę sake. Ale brak jakiś szczególnych przeżyć do opisywania ;) Jest galeria wrzucona na picasie, tu zamieszczę tylko kilka zdjęć



Wygląda na to, że w końcu mi się udało przełamać. Oby następny post był szybciej niż za miesiąc. Myślę,że jest spora szansa, że będzie w następną niedziele. Wybieram się na kolejny festiwal, tym razem w ramach studiów, więc jest szansa, że wtedy napiszę.
Dochodzą mnie głosy o tym, że blog jest nieczytelny. Postaram się coś zrobić z tłem. Jeszcze nie wiem za bardzo co, ale coś wymyśle by było lepiej. Chwilowo (ten wpis) zostaje jeszcze tak jak jest.
Uczelnia. Nic ciekawego generalnie. Chodzę na te zajęcia, takie tam lanie wody. Nic konkretnego. Czasami coś ciekawego za to, więc koniec końców wychodzi to na plus. Judo i Shakuhachi to zajęcia z gatunku tych zabawnych. Chociaż Shakuhachi jest raczej frustrujące. Prowadzący jakby nie zauważa, że 3/4 klasy nie jest w stanie wydać podstawowego dźwięku a już chce byśmy grali jakąś piosenkę dla dzieci. No ale to ten sam człowiek, który nie zauważył, że mieszkańcy Hong Kongu nie do końca chcą być nazywani mieszkańcami Chin ;) (to była przekomiczna wymiana zdań ;))
Judo? Póki co uczymy się padać. Nie żartuje. Kolejne zajęcia ćwiczymy jak upaść na mate by się nie uszkodzić. Dupa mnie boli strasznie, ale oprócz tego innych obrażeń brak ;) Kolejne absurdalne zajęcia.
Zajęcia z japońskiego kina są śmieszne ;) Najfajniejszy do tej pory był film z lat 50, który w dodatku był bez angielskich napisów. Nie muszę dodawać, że nie wiele zrozumiałem z dialogów ;) Ale z całego filmu sporo. Fantastyczna scena w środku będąca żywcem wyjęta z teatru Noh. Dobre. No i oglądaliśmy azjatycki hit pt. "Love letter" (czyli po japoński "Rowe rettel" ;). Jego pokaz poprzedziła wymiana zdań między mną a kolegą z Niemiec, którzy zapytał się: "O czym będzie ten film?" Na co usłyszał ode mnie odpowiedź: "Film nazywa się Love Letter, czego się spodziewasz?".
Inne zajęcia są miłe. Nie chce mi się jakoś szczególnie rozwodzić nad nimi. Jest jedna rzecz, która mnie intryguje za to. Większość studentów tutaj to studenci filologii. No i okazuje się, że poza językiem japońskim, nie wiedzą w zasadzie nic o historii czy kulturze tego kraju. Dosyć jest to dla mnie dziwne, no ale co by nie mówić mają zdecydowaną przewagę nade mną bo mogą się swobodnie dogadać ;)
Dzisiaj byliśmy na Tsutsuji Matsuri. Lokalny festiwal w Sendagi. Całkiem sporo Japończyków się zjechało tutaj. Ogólnie było bardzo fajnie. Dużo jedzenia i trochę sake. Ale brak jakiś szczególnych przeżyć do opisywania ;) Jest galeria wrzucona na picasie, tu zamieszczę tylko kilka zdjęć



Subscribe to:
Comments (Atom)